Wspomnienia


Relacja Józefa Czapskiego z likwidacji obozu w Starobielsku.

Informacje dotyczące szczegółów ewakuacji znamy z relacji nielicznych ocalałych jeńców. Józef Czapski , malarz-literat i oficer pisze m.in.:

"(...) Stojąc na wielkich schodach cerkiewnych komendant żegnał partie uśmiechem pełnym jakby obietnic. 'Wyjeżdżacie tam, powiedział jednemu z nas, dokąd i ja bardzo chciałbym pojechać...' Opuściłem Starobielsk w grupie 16 ludzi dopiero 12 maja. Już na stacji zaczęły się niespodzianki, zapchano naszą partię do więźniarek, po kilkunastu w wąziutkich przedziałach, prawie bez okien, z grubo zakratowanymi drzwiami. Odkrywaliśmy napisy polskie na ścianach 'wysadzili nas koło Smoleńska'. Obsługa wagonu była bardzo brutalna. Zasadniczo wypuszczono nas dwa razy na dobę do klozetu. Karmiono wyłącznie małymi śledziami i wodą: Był upał, ludzie mdleli, konwojenci okazywali absolutną obojętność, wdrożeni do tego zawodu. Klucząc przez Charków, gdzie wysadzono dwóch z nas na małej stacyjce Babynino i załadowano, szturchając i bijąc kolbami, na wielką lorę. Tą lorą zawieziono nas przez nędzny, ubogi kraj, przez zniszczone, tak biedne wsie, jakich nigdy i nigdzie jakich nigdy i nigdzie w Polsce nie widzieliśmy. Oczekiwaliśmy wszyscy najgorszego. Patrzyli na nas milcząc, jakby niewidzącymi oczami, starzy, wychudli, z długimi jak u Borysa Godunowa brodami, małe dzieci idące ze szkół obelżywie wyzywały za nami 'polskimi panami' i 'krwiopijcami'. Zawieziono nas w okolicę gęsto zalesioną znów do obozu. Prysły marzenia o Francji, o Polsce. 'Pawliszczew Bor' tak się ten obóz nazywał, był w głębi pięknych lasów.

Zastaliśmy tam 200 kolegów z Kozielska, 120 z Ostaszkowa i 63 ze Starobielska. Ci ostatni byli 25 kwietnia 1940 roku, wysłani ze Starobielska oprócz własnej grupy. Podkreślono im kilkakrotnie, że mają trzymać się oddzielnie gdyż jadą na specjalnych warunkach. Ta grupa 63, grupa 16, w której przyjechałem ja i około 10 wywiezionych indywidualnie w czasie zimy, to wszystko co nie zginęło z tych 4000 jeńców, którzy spędzili zimę w obozie Starobielskim. W obozie Pawliszczew Bor było nas około 400. Po paru tygodniach wywieziono nas wszystkich dalej do Griazowca pod Wołogdą, gdzie nas trzymano do sierpnia 1941 roku. Byliśmy z początku przekonani, że taki sam los jak nasz spotkał wszystkich innych naszych kolegów, że zostali oni rozesłani do podobnych małych obozów, rozsypanych po całej Rosji. Bardzo prędko jednak zaczęliśmy się zastanawiać nad ich losem, dlatego, że w prawie każdej kartce z Kraju, otrzymywaliśmy coraz bardziej niespokojne zapytania, co dzieje się z kolegami naszymi ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa od chwili gdyśmy się z nimi rozstali. Na podstawie tych kartek z Polski, stwierdziliśmy już od lata 1940 roku, że jesteśmy jedynymi jeńcami z tych trzech obozów, o których dochodzą wieści do Kraju po kwietniu 1940 roku."



Relacja wachmistrza J.B. z liwidacji obozu w Ostaszkowie.

"(...) Co drugi, co trzeci dzień, a czasami dzień po dniu 'Korpuśni' odczytywali z przyniesionych przez siebie wykazów szereg nazwisk od 60 do 300 i kazali przygotować się do podróży. Przygotowanie takie trwało około pół godziny, następnie wraz z wszystkimi rzeczami szło się do kina [duża sala w cerkwi], gdzie zdawało się otrzymane w obozie rzeczy, jak siennik, koc, miska, łyżka itp. Tam dokonywano bardzo gruntownej rewizji, wyznaczano starszego grupy, najczęściej oficera, i grupa maszerowała piechotą do toru kolejowego. Jak się później okazywało eskorta czekała w lasku za groblą i stamtąd, istotnie pod karabinami maszynowymi i w asyście psów, prowadzono do toru kolejowego, gdzie oczekiwały więźniarki. Bolszewicy, chcąc widocznie robić odpowiednie nastroje wśród jeńców, wystąpili kiedyś do kierownika zespołu muzycznego z propozycją, by odjeżdżające grupy żegnać muzyką. Istotnie robiło to dobre nastroje wśród jeńców. Transport, w którym ja odjechałem, odszedł wśród opisanych wyżej okoliczności dn. 18 kwietnia. Jechałem wraz z kolegami w transporcie liczącym ponad 300 policjantów. Całym transportem, sądząc dziś, dojechaliśmy do Bołogoje, skąd odczepiono nasz wagon, przyczepiono do innego pociągu i odjechaliśmy jakąś boczną linią w kierunku na Rżew. Na stacji gdzie nas odczepiono, siedzący na wyższych pólkach widzieli stojący pociąg więźniarek, mówili nam o tym, lecz żaden z nas nie przypuszczał, że to główny trzon naszego transportu (...)"


Relacja prof. Swaniewicza z likwidacji obozu w Kozielsku.

"(...) Ten pierwszy transport, który odszedł z Kozielska 3 kwietnia 1940 roku zabrał około 300 jeńców. W ten sposób rozpoczęła się likwidacja obozu kozielskiego. Transporty odchodziły z pewną wahającą się regularnością; czasami nowy transport był następnego dnia, czasami była kilkudniowa przerwa. Obserwacja doprowadziła jeńców do przekonania, że z reguły transport zabiera przeciętnie około 300 ludzi. Poprzez robotników rosyjskich, z którymi czasami stykaliśmy się przy różnych pracach obozowych, zdołaliśmy również ustalić, że zasadniczy kierunek transportów był zachodni. Zdawało się to przemawiać przeciwko 'optymistycznej' koncepcji co do oddania nas w ręce aliantów, a raczej na rzecz 'pesymistycznej' koncepcji przekazania Niemcom (...)"

A oto jak opisuje wywózkę jeńców podczas składania raportu szefowi Polskiej Misji Wojskowej w ZSRR gen. Wolikowskiemu w pierwszych dniach czerwca 1942 roku:

"Los zdarzył, że jestem jedynym [żyjącym] polskim oficerem, który odbył drogę transportem z Kozielska do stacji kolejowej w pobliżu Katynia i był pobliżu miejsca kaźni, chociaż wówczas nie wiedziałem co tam się działo... Mnie wezwano w dniu 29 kwietnia. Jechaliśmy przez całą noc, prawie nie zatrzymując się. Rano 30 kwietnia ujrzeliśmy kopuły cerkwi smoleńskiej, oświetlone pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Pociąg zatrzymał się na torach dalszych od stacji, lecz po 10 minutach jechaliśmy już dalej. Z kierunku, w którym padały cienie, staraliśmy się określić kierunek jazdy. Stwierdziliśmy, że jesteśmy wiezieni na północny zachód i ogarnęło nas podniecenie. Czyżby naprawdę wieziono nas do Polski? Po przyjechaniu jednak kilkunastu kilometrów pociąg zatrzymał się. Za zewnętrzną ścianą naszego przedziału, w której nie było okna usłyszeliśmy warkot motoru samochodowego oraz liczne kroki. Ktoś z sąsiedniego przedziału krzyknął nam, że wyładunek transportu już się rozpoczął. Po pewnym czasie do naszego wagonu wszedł pułkownik NKWD i kazał mi zabrać moje rzeczy i iść w ślad za nim. Pomiędzy kolegami z przedziału poszedł szept 'Litwa widocznie żąda'. Wyszliśmy na zewnątrz. Był jasny słoneczny dzień, z pól szły zapachy wiosny, gdzieniegdzie leżały jeszcze niewielkie płachty śniegu. O jakieś dwieście kroków przed nami była mała stacyjka [Gniezdowo], na której peronie nie widać było żadnej żywej istoty. Pułkownik wprowadził mnie do innego, pustego już wagonu i kazał zamknąć w oddzielnym przedziale. Przed żelazną kratą drzwi mego przedziału stanął specjalny wartownik. Znowu usłyszałem warkot samochodu i jakiś ruch za ścianą. Zauważyłem jednocześnie, że w ścianie zewnętrznej, w której nie było okna, był jednak mały otwór pod samym sufitem, przez który prawdopodobnie można było zobaczyć co dzieje się na zewnątrz. Spróbowałem wejść na górną półkę, zasadniczo przeznaczoną na rzeczy, w nadziei, że stamtąd można będzie wyjrzeć przez ów główny otwór. Ku memu zdziwieniu wartownik mnie w tym nie przeszkadzał, wyciągnąłem się więc na półce udając, że śpię. Po pewnym czasie spojrzałem na wartownika. Stał on odwrócony do mnie plecami i gapił się przez okno.

Wyjrzałem więc na zewnątrz. Przed naszym pociągiem był dość obszerny plac, częściowo porośnięty trawą. Prostopadle do torów biegła droga, która ograniczała plac z lewej strony. Po tej samej stronie, wzdłuż drogi był niski sztachetowy płot; miałem wrażenie, że oddzielał on ogród należący do któregoś z domków kolejowych, lecz nikogo z mieszkańców nie było widać. Horyzont był zakryty przez drzewa i krzaki. Plac był dość gęsto obstawiony wartami NKWD z bagnetem na broń. Na placu stał zwykły pasażerski autobus średnich rozmiarów z zasmarowanymi wapnem oknami. Wejście do autobusu było od tyłu; podjeżdżał on do wagonów w ten sposób, że jeńcy mogli wchodzić bezpośrednio ze stopni, nie stając na ziemi. Z obydwu stron wejścia do autobusu stali żołnierze NKWD z bagnetem na broń. Autobus zabierał około 30 jeńców i znikał za drzewami. Wracał mniej więcej po pół godzinie lub trzech kwadransach, żeby zabrać następną partię. Nieco z boku stało auto więzienne, czarne pudło bez okien na bocznych ścianach, a obok niego kapitan NKWD, szpakowaty blondyn, lat około 50. Po środku placu, z rękami w kieszeniach długiego płaszcza stał ów pułkownik NKWD, który mnie wydzielił z transportu, wysoki i gruby brunet w średnim wieku z czerwoną twarzą. Było jasne, że on nadzorował całą operacją. Zastanawiałem się nad tym na czym polegała ta operacja. Było dla mnie jasnym, że miejsce do którego wożono moich kolegów, znajdowało się gdzieś niedaleko, prawdopodobnie w odległości kilku kilometrów. Dlaczego w ten piękny wiosenny dzień nie kazano nam maszerować, jak zwykle to czyniono przy transportach do poprzednich miejscowości? Obecność wyższego stopniem dygnitarza NKWD przy prostej w gruncie rzeczy czynności wykonawczej, jak przewiezienie kilkuset jeńców z jednego miejsca koncentracji do drugiego dałoby się wytłumaczyć gdyby wydawano nas istotnie Niemcom. Lecz dlaczego tak nadzwyczajne środki ostrożności, dlaczego bagnety na karabinach eskorty? Na to pytanie nie miałem odpowiedzi. Lecz wówczas wśród blasków owego wiosennego dnia, nie przyszło mi do głowy, że przecież to może być egzekucja. Po pewnym czasie otworzono żelazne kraty, stanowiące drzwi mego przedziału i kazano mi wyjść na zewnątrz. Ów szpakowaty kapitan przewiózł mnie samochodem do tzw. wewnętrznego więzienia NKWD w Smoleńsku, a stamtąd po 6-ciu dniach, pod specjalnym konwojem czterech konwojentów zostałem przewieziony do więzienia Łubiańskiego w Moskwie, gdzie doręczono mi akt oskarżenia o szpiegostwo, podpisany przez naczelnego prokuratora Związku Sowieckiego. Zaczęła się całkiem nowa karta moich losów.

W roku 1941 otrzymałem wyrok 8 lat obozu pracy przymusowej. Zwolniono mnie dopiero wiosną 1942 r. po licznych interwencjach ambasadora Kota, oraz po specjalnej nocie złożonej przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych ambasadorowi sowieckiemu przy Rządzie Polskim w Londynie. Gdy w czerwcu tego roku przybyłem do ambasady RP w Kujbyszewie, zarzucono mnie pytaniami, co wiem o losie oficerów kozielskich (...)"