wstecz

"Kłamstwo, milczenie, prawda; Zbrodnia Katyńska: Prawdy nie znał tylko ten, kto nie chciał"

Andrzej Kaczyński
Rzeczpospolita, 12 kwietnia 2000


Wiadomości o losach czternastu i pół tysięcy oficerów Wojska Polskiego i innych funkcjonariuszy państwa rodziny miały powziąć dopiero na wiosnę 1943 roku, już nie z listów, lecz z list katyńskich ogłaszanych przez Niemców w miarę identyfikacji ofiar (zdjęcie przedstawia ich ekshumację) z dołów śmierci w lasku pod Smoleńskiem Ostatnie listy od jeńców polskich w Związku Radzieckim pochodziły sprzed połowy marca 1940 roku. Po tej dacie docierała do adresatów korespondencja od zesłańców z Syberii, Kazachstanu czy Uzbekistanu. Z rzadka i nie wszyscy dawali jednak rodzinom o sobie znać więźniowie aresztów NKWD. To tylko jeńcy z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska zamilkli. Przestali pisać nagle, równocześnie i ostatecznie pod koniec pierwszej wojennej zimy. Następne wiadomości o losach czternastu i pół tysięcy oficerów Wojska Polskiego i innych funkcjonariuszy państwa rodziny miały powziąć dopiero na wiosnę 1943 roku, już nie z listów, lecz z list katyńskich ogłaszanych przez Niemców w miarę identyfikacji ofiar ekshumowanych z dołów śmierci w lasku pod Smoleńskiem.

Ci z Polaków, krórzy nie zaznali okupacji radzieckiej, a jedynie hitlerowską, w pierwszej chwili mieli wszelkie podstawy, by nie ufać niemieckim doniesieniom, że to Związek Radziecki był sprawcą zbrodni. W centralnej Polsce Katyń śmiało mógł być wzięty za usprawnione i zwielokrotnione wydanie masowych egzekucji w Wawrze i Palmirach na przełomie 1939 i 1940 roku. W 1943 roku znano już złowrogie nazwy: Oświęcim, Treblinka. Właśnie trwała pacyfikacja Zamojszczyzny. Tuż po rozgłoszeniu rewelacji katyńskiej Niemcy przystąpili do ostatecznego "rozładowania" gett żydowskich. Tego samego słowa, "rozładowanie", używano w NKWD na określenie zagłady obozów jenieckich.

Mieszkańcy Kresów Wschodnich, którzy doświadczyli radzieckiej okupacji, zwłaszcza ci rozproszeni po archipelagu Gułag, nie mieli powodów, żeby wątpić o odpowiedzialności ZSRR za mord na oficerach. Zgładzenie wszystkich więźniów, którzy nie zostali na czas ewakuowani w głąb Rosji po napaści III Rzeszy na Związek Radziecki, terror polityczny, wywózki, podczas których cena życia ludzkiego była niższa niż miski zupy czy garści opału, zamierzona przez władze wysoka śmiertelność w łagrach, i wreszcie zasłyszane od obywateli radzieckich relacje o sprowokowanym głodzie na Ukrainie, deportacjach i eksterminacji całych narodów w latach trzydziestych, wystarczająco uprawdopodobniły oskarżenie o zbrodnię katyńską Związku Radzieckiego.

Żeby nikt nie był pewny jutra Listy słane przez ojców, mężów, synów i braci z radzieckiej niewoli, ta korespondencja, która tak nagle ustała na wiosnę 1940 roku, posłużyły także NKWD. Na ich podstawie sporządzono listę adresową rodzin "wrogów Związku Radzieckiego". 18 kwietnia 1940 roku, kiedy akcja rozładowywania obozów jenieckich osiągnęła półmetek, rozpoczęła się deportacja rodzin jeńców oraz więźniów politycznych na Sybir i do środkowoazjatyckich republik ZSRR. Akcja ta objęła ponad sześćdziesiąt tysięcy osób. Wywózki obywateli polskich z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej, zajętych na mocy paktu Ribbentrop - Mołotow przez Związek Radziecki, rozpoczęły się 10 lutego 1940 roku. Deportacja z 18 kwietnia tegoż roku była już trzecią ich falą. Klucz do tej, tak jak do wcześniejszych i późniejszych wywózek, nie był łatwo czytelny. Mogły one wywoływać wrażenie bezładu, przypadkowości. Tak zresztą zapewne miały właśnie wyglądać: żeby wzbudzały strach, żeby nikt nie był pewny jutra.

Polscy jeńcy wojenni w niewoli radzieckiej, przenoszeni z obozów do więzień i pomiędzy obozami, także mieli wrażenie ciągłego, bezładnego ruchu. Dziś wiadomo, że NKWD porządkowało obsadę obozów według przyjętego w centrali klucza: w Starobielsku oficerowie wzięci do niewoli w Małopolsce Wschodniej, w Kozielsku kadra wojskowa z pozostałych terenów okupacji radzieckiej, w Ostaszkowie policja, żandarmeria, straż więzienna i graniczna, wywiad i kontrwywiad, kadra wymiaru sprawiedliwości. Spośród piętnastu tysięcy jeńców ocalało czterystu pięćdziesięciu. Ale tak jak ich zamordowani koledzy nie byli świadomi, że wywożą ich na zatratę, także ocaleni opuszczając obozy nie byli świadomi wyjątkowości swego losu.

Pierwszy dowód kłamstwa Przez pół wieku termin "zbrodnia katyńska" był odnoszony wyłącznie do czternastu i pół tysięcy jeńców z trzech wymordowanych obozów. Dzięki dokumentom, wydanym stronie polskiej na polecenie prezydenta Rosji Borysa Jelcyna w 1992 roku, można było dopisać do tej listy siedem i pół tysiąca więźniów NKWD, straconych na mocy tej samej decyzji Biura Politycznego KPZR z 5 marca 1940 roku; imienne listy ofiar zbrodni, miejsca i dokładne daty śmierci w większości wciąż pozostają nieznane. Z badań historyków, przede wszystkim profesor Natalii Lebiediewej, najbardziej zasłużonej wśród Rosjan dla wyświetlenia całej prawdy o zbrodni katyńskiej, wynika, że deportowanie rodzin jeńców i więźniów 18 kwietnia 1940 roku było elementem tego samego planu eksterminacji elit polskich przez radzieckiego okupanta.

Poszukiwanie jeńców Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska rozpoczęło się na długo przed ujawnieniem zbrodni katyńskiej przez Niemców. Po podpisaniu układu Sikorski - Majski, rozpoczęciu tworzenia polskiego wojska w ZSRR i po amnestii dla łagierników, zesłańców i więźniów, okazało się, że oprócz 450 oficerów przeniesionych do Pawliszczew Boru i Griazowca, na polskich punktach zbornych nie zjawił się nikt inny z tych trzech obozów. Generał Władysław Anders zlecił poszukiwania zaginionych jeńców rotmistrzom Józefowi Czapskiemu i Janowi Kaczkowskiemu. Dla rodzin, które dopytywały się o losy bliskich, utworzono punkty kontaktowe. Ułożono listę kilkunastu tysięcy zaginionych. Prototyp późniejszego, wciąż uzupełnianego i do obecnej chwili nie do końca skompletowanego, spisu zamordowanych. Przylgnęła do niego nazwa "lista katyńska".

Był to zarazem pierwszy dowód kłamstwa katyńskiego. Stalin: Uciekli do Mandżurii Premier Władysław Sikorski 15 października 1941 roku przekazał listę oficerów potrzebnych przy organizacji polskiej armii ambasadorowi ZSRR w Londynie. Po miesiącu Aleksander Bogomołow odpowiedział, że wszyscy oficerowie polscy przebywający w Związku Radzieckim zostali zwolnieni. 14 listopada 1941 roku ambasador RP Stanisław Kot zapytał Stalina o wciąż nieobecnych jeńców. Nie dostał odpowiedzi. 3 grudnia 1941 roku w Moskwie w rozmowie ze Stalinem ponowił pytanie generał Sikorski. Dodał, że sprawdzono w kraju, w obozach jenieckich w Niemczech. - Ci ludzie znajdują się tutaj - mówił polski premier. - To niemożliwe. Oni uciekli - odrzekł Stalin. - Dokąd mogli uciec? - dziwił się uczestniczący w rozmowie generał Anders. - No, do Mandżurii - odparł gospodarz Kremla. Może bliski wyjawienia prawdy był zastępca zwierzchnika NKWD Ławrentija Berii, i autor planu wymordowania oficerów, Wsiewołod Mierkułow.

Rozmawiając w październiku 1940 roku z późniejszym dowódcą kościuszkowców, pułkownikiem Zygmuntem Berlingiem, na jego napomknięcie o kolegach z obozów jenieckich zmieszał się i powiedział: - Ach, ci nie. Popełniliśmy z nimi wielki błąd. Czujny Beria przerwał mu: - Nie ma ich w ZSRR. Berling opowiedział o tej rozmowie Józefowi Czapskiemu. Obydwu nie mieściło się wtedy w głowie, że jeńcy zostali zamordowani. Obaj z czasem poznali nieprawdopodobną prawdę. Józef Czapski stał się jednym z najważniejszych jej świadków i obrońców. Zygmunt Berling zaparł się prawdy; w obecności swoich żołnierzy, którzy prawdy co najmniej domyślali się, zimą 1944 roku w Katyniu, na grobach kolegów, skłamał o winowajcach zbrodni. Oskarżenie Niemców, do walki z którymi prowadził swych podwładnych, da się może wytłumaczyć potrzebą chwili; nie chciał oskarżyć mocodawcy i sojusznika. Ale nigdy nie wycofał się, nie wyznał prawdy, którą znał. Polska osamotniona Świadkami prawdy o zbrodni katyńskiej byli najpierw Polacy na Kresach Wschodnich i w ZSRR, koledzy i rodziny pomordowanych. Po ujawnieniu przez Niemców dołów śmierci w lesie pod Smoleńskiem tę prawdę poznali także bliscy poległych w centralnej Polsce. Po ogłoszeniu rezultatów badań komisji niemieckiej, najbardziej wiarygodnego komunikatu międzynarodowej komisji lekarskiej i wyników autopsji dokonanej przez ekipę Polskiego Czerwonego Krzyża, prawdę poznał cały świat. Wnioski z badań przeprowadzonych w 1943 roku były przekonujące, chociaż bardzo niewygodne. Oskarżenie o wiarołomstwo sojusznika, który dźwigał właśnie główny ciężar działań zbrojnych - w wojnie z Niemcami jeszcze nie nastąpiło przesilenie - i przyznanie racji śmiertelnemu wrogowi, było ponad możliwości zachodnich aliantów. Polska nie tylko została osamotniona, ale też poddana przemożnemu naciskowi z Londynu i Waszyngtonu, żeby sprawę wyciszyć.

Zimą 1944 roku sytuacja wyglądała już inaczej. Świat nie musiał przyjąć do wiadomości żałośnie, nieudolnie kłamliwego komunikatu radzieckiej komisji Nikołaja Burdenki. Zachód nadal jednak wolał milczeć. Kolejna próba prawdy przypadła na procesie norymberskim. ZSRR nieoczekiwanie wystąpił z oskarżeniem hitlerowskich Niemiec o dokonanie zbrodni katyńskiej. Amerykanie i Brytyjczycy, doskonale znający prawdę, zgodzili się jednak na przeprowadzenie maksymalnie skróconego, do trzech dni, postępowania dowodowego. Nie zgodzili się na propozycję przedłożenia wniosków dowodowych przez władze polskie na uchodźstwie. Obalenie tez prokuratorów radzieckich było prawie wyłącznie dziełem niemieckich świadków obrony. Ostatecznie w wyroku norymberskim została zupełnie pominięta sprawa zbrodni katyńskiej. Gdyby jednak zachodni sędziowie ulegli naciskom ZSRR - napisał polski historyk Adam Basak - "Norymberga przeszłaby do historii nie jako symbol sprawiedliwej kary za popełnione w imieniu państwa przerażające zbrodnie, ale jako przykład gruntownej kompromitacji idei sądownictwa międzynarodowego". Taki stan utrwalił się na całe półwiecze. Związek Radziecki podtrzymywał jawne kłamstwo. Zachód wybrał milczenie. Nie skłoniły go do zmiany stanowiska nawet wyniki gruntownego dochodzenia przeprowadzonego w latach 1951 i 1952 przez specjalną komisję Izby Reprezentantów amerykańskiego Kongresu, które bez żadnej wątpliwości wskazały na winę radziecką. Władze Rzeczypospolitej na uchodźstwie, podczas wojny ulegające naciskom aliantów, po wycofaniu im uznania przez główne kraje Zachodu, pozostały jedynym państwowym obrońcą prawdy. Możliwości jednak stopniały prawie do zera. Najważniejszym dziełem było opublikowanie w 1948 roku fundamentalnej księgi "Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów"; zatajono jednak, że jej autorem był pisarz Józef Mackiewicz, który w 1943 roku - w porozumieniu z kierownictwem polskiego państwa podziemnego - był świadkiem niemieckich ekshumacji w Katyniu, a po powrocie do kraju złożył relację nie tylko władzom konspiracyjnym, ale także udzielił wywiadu gazecie kontrolowanej przez Niemców, "gadzinówce". Póki trwała wojna, polski Londyn wystrzegał się możliwości jakichkolwiek podejrzeń o współpracę w sprawie Katynia z Niemcami; dość małodusznie względem pomawianego o kolaborację Mackiewicza podtrzymał tę postawę także i po zakończeniu wojny.

Więzienie za prawdę Władze PRL, zwłaszcza w sprawie Katynia niesuwerenne, oscylowały między kłamstwem i milczeniem. W latach stalinowskich skazano jednak na więzienie co najmniej kilkanaście osób, w różny sposób związanych ze sprawą Katynia. W 1950 roku sąd w Łodzi skazał na sześć lat więzienia Hieronima Majewskiego, a w 1951 roku sąd w Rzeszowie na dwa lata Mikołaja Marczyka - za to, że zawiezieni przez Niemców do Katynia, po powrocie opowiedzieli publicznie o tym, co zobaczyli, i że przekonali się o winie ZSRR. Przeciwko innym świadkom zbrodni radzieckiej, pisarzom Józefowi Mackiewiczowi, Ferdynandowi Goetlowi, Janowi Emilowi Skiwskiemu i lekarzowi sądowemu Marianowi Wodzińskiemu, Naczelna Prokuratura Wojskowa prowadziła śledztwo; spełzło ono na niczym, ponieważ świadkowie ci zdążyli ujść za granicę. Prawdopodobnie pod przymusem odwołali swoje oświadczenia (obciążające ZSRR) prezes Rady Głównej Opiekuńczej Edmund Seyfried i dr medycyny Adam Szebesta, również uczestnicy ekspedycji do Katynia w 1943 roku. W 1951 roku sąd w Łodzi skazał zadenuncjowaną przez kolegów studentkę szkoły filmowej Zofię Dwornik na rok więzienia za to, że opowiadała przyjaciołom, iż NKWD zamordowało jej ojca, jeńca Starobielska, i stryja, jeńca Kozielska. W 1952 roku sprawa katyńska w związku z raportem komisji Kongresu USA była szeroko poruszana w prasie; niewiele mówiło się jednak o zbrodni, a wiele o amerykańskich knowaniach. Opublikowano w tym duchu także książkę Bolesława Wójcickiego z "Życia Warszawy", pod tytułem "Prawda o Katyniu".

Władysław Gomułka był w 1956 roku kilkakrotnie na rozmaitych spotkaniach zapytywany o odpowiedzialność za Katyń. Udzielał zawsze takich samych odpowiedzi: sprawę badali Niemcy i znaleźli przekonujące dowody winy Związku Radzieckiego, potem badał ZSRR i znalazł przekonywające dowody winy Niemców. I jest jeszcze trzecie stanowisko: racja stanu Polski, która wymaga, żeby na ten temat milczeć. Takie zalecenia wydano więc cenzurze, która po roku 1957 nie dopuszczała do wymieniania w publikacjach nawet nazwy "Katyń". W końcu lat sześćdziesiątych w Lublinie zostali aresztowani dwaj studenci Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego tylko za to, że wypisali z zagranicznych encyklopedii hasła "Katyń"; nie wytoczono im jednak procesu. SB obserwuje, cenzura zakazuje Także od lat sześćdziesiątych na wojskowym cmentarzu powązkowskim w Warszawie, niedaleko kwater powstańców warszawskich, zaczęto składać kwiaty i palić znicze na symbolicznym grobie pomordowanych jeńców. Miejsce, nazywane "dolinką katyńską", było obserwowane przez Służbę Bezpieczeństwa, która po odejściu ludzi niezwłocznie oczyszczała dolinkę. Problematyka katyńska była zamknięta niemal wyłącznie w kręgu prywatnym, rodzinnym lub przyjacielskim. Dopiero w latach 70. zaczęła się pojawiać w przykościelnych lub opozycyjnych kółkach samokształceniowych. Pod koniec dekady problematyka ta była jednym z ważnych wątków działalności opozycyjnej. W Krakowie w 1979 roku Adam Macedoński założył konspiracyjny Instytut Katyński. Historyk Jerzy Łojek, syn oficera zamordowanego w Katyniu, lekarza, wiosną 1980 roku opublikował w podziemnym "Głosie" książkę "Dzieje sprawy Katynia".

21 marca 1980 roku na Rynku Głównym w Krakowie Walenty Badylak zginął przez samospalenie w proteście przeciw zatajaniu prawdy o zbrodni katyńskiej. Dopiero jednak po strajkach sierpniowych 1980 roku wydawnictwa niezależne i solidarnościowe zaczęły szerzej przypominać Katyń. 30 października 1980 roku prokurator generalny Lucjan Czubiński wydał instrukcję dla Służby Bezpieczeństwa i prokuratury, w której stwierdza: "Casus Katyń (...) stanowi negatywną inicjatywę podejmowaną przez zorganizowane grupy antysocjalistyczne". W tym samym okresie Główny Urząd Prasy, Publikacji i Widowisk przypomniał cenzorom, że nie wolno dopuszczać do ogłoszenia żadnych informacji, nawet w nekrologach, które sugerowałyby odpowiedzialność radziecką za mord na oficerach lub wymieniały jako datę zbrodni rok 1940. Najhaniebniejsza wypowiedź W latach osiemdziesiątych dla władz PRL stało się jasne, że dalsze ukrywanie sprawców zbrodni katyńskiej działa już tylko przeciwko nim samym. Generał Wojciech Jaruzelski zaczął przekonywać do sprawy uchylenia oficjalnej tajemnicy przywódcę ZSRR Michaiła Gorbaczowa. W 1987 roku powołano specjalną komisję dwustronną, złożoną z zaufanych partyjnych historyków, która miała przygotować odpowiednie oświadczenie oraz wybrać dokumenty do opublikowania.

W 1988 roku postanowiono zezwolić rodzinom katyńskim na odwiedzanie miejsca kaźni. W związku z tym Biuro Polityczne KPZR przystąpiło do "propagandowego przygotowania" tej akcji. Pierwszym jego zadaniem miała być próba przypisania odpowiedzialności za zbrodnię jak najniższemu szczeblowi władzy radzieckiej (dlatego w pakiecie dokumentów, przekazanych przez Gorbaczowa Jaruzelskiemu były przede wszystkim akta wojsk konwojowych). Drugą tezą, do której włączyła się strona PRL, miała być próba "zrównoważenia" zbrodni radzieckiej na Polakach przez wykazanie "zbrodni" Polaków przeciwko ZSRR.

Porównywano egzekucję jeńców polskich ze zgonami jeńców rosyjskich na terenie Polski po pierwszej wojnie światowej i po wojnie polsko-radzieckiej albo zestawiać zbrodnię katyńską ze śmiercią żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w Polsce i z rąk polskich po 1944 roku; tak postąpił współprzewodniczący komisji profesor Jarema Maciszewski w przemówieniu sejmowym. Najhaniebniejszą wypowiedź złożył doradca generała Jaruzelskiego Wiesław Górnicki, który liście do "Konfrontacji" napisał, że wśród oficerów zamordowanych w Katyniu "nie wszyscy byli niewinni". Zaś Włodzimierz Sokorski głosił, że "nie może być w tej sprawie przemilczeń, jeśli chcemy ostatecznie zasypać ten [katyński] rów, by stał się wspólnym miejscem pokuty"; nie wyjaśnił już, za co naznaczył Polakom pokutować w Katyniu. Po wstrząsie 1989 roku, nie tylko w Polsce, ale we wszystkich państwach niewolonych przez Związek Radziecki, gdy na przełomie 1990 roku zaczął się kruszyć także ZSRR, nie miało sensu nadal ukrywać prawdę. 13 kwietnia 1990 roku agencja TASS nadała komunikat, że zbrodni katyńskiej winne jest NKWD ZSRR. Dopiero jednak prezydent Borys Jelcyn 14 października 1992 roku ujawnił, że decyzję rozstrzelania jeńców podjął Józef Stalin i Biuro Polityczne KC KPZR.