Historia Vita Memoriae Strona Główna Historia Vita Memoriae
Forum dyskusyjne miłośników historii i fortyfikacji - Grupa Inicjatywna "Cztery Historie"

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: darecki
Pią 21 Paź, 2011 09:44
Stalag 369 i Oflag XIIIA Kraków-Kobierzyn
Autor Wiadomość
darecki 
wujek kurde samo dobro
Trzeba siać...


Pomógł: 34 razy
Dołączył: 22 Lis 2004
Posty: 8796
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 03 Wrz, 2006 20:43   Stalag 369 i Oflag XIIIA Kraków-Kobierzyn

Cytat:
Kobierzyn wieś szlachecka wzmiankowana po raz pierwszy w latach 1350-51, podlegała parafii św. Stanisława na Skałce. W latach 1386-1411 właścicielem był Piotr z Marcinowic, a od poł. XV w. wojewoda sandomierski Jan z Oleśnicy, którego spadkobierca F. Oleśnicki w 1546 r. podarował wieś kasztelanowi poznańskiemu A. Górce. Na przełomie XVII i XVIII w. powstał przysiółek Zalesie. W końcu XVIII w. wieś należała do Bronickich, którzy rozbudowali zespół dworski z browarem i młynem. Od połowy XIX w. wieś podlegała parafii św. Józefa w Podgórzu. W ramach Twierdzy Kraków w końcu XIX w. wzniesiono zespół koszar. W 1910 r. w Kobierzynie zaczęto budowę modernistycznego pawilonowo-parkowego zespołu szpitala psychiatrycznego (wg proj. W. Klimczaka przy współpracy m.in. A. Budkowskiego, T. Zielińskiego, T. Stryjeńskiego). W latach 1908-13 wzniesiono kaplicę Matki Boskiej Częstochowskiej (polichromia i wystrój wnętrza J. Bukowski), a w 1912 r. założono cmentarz. Szpital oddany do użytku w 1917 r. jako Krajowy Zakład dla Umysłowo Chorych, był zaliczany do najnowocześniejszych i najpiękniejszych tego typu obiektów w Europie, na terenie 52 ha wybudowano 20 pawilonów dla chorych i 40 budynków administracji i gospodarczych. W okresie okupacji hitlerowcy dokonali likwidacji szpitala: chorych rozstrzelano lub uśmiercono zastrzykami na miejscu, a większość wywieziono do komór gazowych w Auschwitz. W szpitalu ulokowano oddziały Hitlerjugend, a potem szpital wojskowy. Natomiast na terenie Kobierzyna utworzono karny obóz jeniecki (Stalag 369). Po wojnie szpital odnowiono i stworzono nowe oddziały działające w ramach Specjalistycznego Psychiatrycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej, który obecnie nosi nazwę Krakowski Szpital Neuropsychiatryczny im. Józefa Babińskiego. W latach 1909-11 w centrum Kobierzyna wzniesiono kościół Matki Bożej Królowej Korony Polskiej, a w 1934 r. erygowano parafię i założono cmentarz parafialny.

W latach 80-tych na granicy z Zakrzówkiem wzniesiono osiedle Ruczaj-Zaborze.

Kobierzyn został włączony do Krakowa w 1941 r. jako XXVI dzielnica katastralna.


Tyle faktów... Oflag funkcjonował podobno od października 1941 do maja 1942.
Jeśli któryś z forumowiczów wie coś więcej na temat tego miejsca proszę o info!

pozdrawiam
_________________
Instytut Niemieckich Fortyfikacji Wschodnich
 
 
 
Helmut 
zwyczajny admin, żaden specjalista..
Śpioch bunkrowy

Pomógł: 37 razy
Dołączył: 18 Sty 2006
Posty: 796
Skąd: Kraków, N. Prokocim
Wysłany: Pon 04 Wrz, 2006 02:12   

"Zdjęcia" pochodzą z książki Kiełkowskiego "Historie spod Kopca Krakusa":
_________________
Rauhen verboten!
 
 
 
Helmut 
zwyczajny admin, żaden specjalista..
Śpioch bunkrowy

Pomógł: 37 razy
Dołączył: 18 Sty 2006
Posty: 796
Skąd: Kraków, N. Prokocim
Wysłany: Pon 04 Wrz, 2006 02:31   

Cytat:
Na tzn. Piaskach istniał w latach 1942-44 hitlerowski obóz karny francuskich i belgijskich jeńców wojennych "Stalag 369", w którym przebywało łącznie 17000 jeńców. Na jego miejscu postawiono w 1966 r. głaz pamiątkowy..
- Artykuł o Borku Fałęckim z krakow.pl


Cytat:
Artykuł: Kartki ze stalagu 369 - francuscy jeńcy z obozu w Kobierzynie
Autorzy: Olga Szpunar, Krzysztof Fijałek

Z Andrzejem, który wychudzony i obdarty zjawił się w jej rodzinnym domu w listopadzie 1942, roku przeżyła 56 lat. A wszystko miało trwać tylko kilka dni.

Andre Benedykt Bermejo de La Losa - żołnierz ochotniczej Armii Francuskiej - uciekł ze stalagu w Kobierzynie 2 listopada 1942 roku. "Przewieziono nas do fabryki Solvay, gdzie rozładowywaliśmy ziemniaki z wagonów - czytamy w zachowanych wspomnieniach francuskiego jeńca. - W tym samym dniu, w czasie przerwy śniadaniowej, korzystając z małego zamieszania ukryłem się w fabryce, a później wybiłem okno i uciekłem. Dotarłem na Piaski Wielkie, tu schowałem się w małym lasku i przeczekałem do zmroku. Później poszedłem do pobliskiego domu, gdzie dano mi chleba i starą marynarkę. Potem powróciłem w okolice dzisiejszej fabryki Armatury, przypomniałem sobie bowiem, że mieszkańcy sąsiedniego domu pomagali nam podczas pracy w magazynach zbożowych. Liczyłem teraz na ich pomoc, lecz jakież było moje zdziwienie, gdy zauważyłem na drzwiach budynku niemieckiego orła (...) [ponieważ jednak] tonący brzytwy się chwyta - zdecydowałem się zapukać. Na wszelki wypadek ukryłem się w krzakach. Drzwi otworzyła kobieta i po chwili zamknęła je szybko. Zapukałem po raz drugi, pokazała się znów ta sama kobieta, wtedy - na migi - dałem jej do zrozumienia, że jestem jeńcem i uciekłem z obozu. Bez słowa wpuściła mnie do środka, poczęstowała chlebem z masłem i słodką kawą".

Bermejo trafił do gminnego budynku Urzędu Obwodowego w Borku Fałęckim, gdzie często przesiadywali Niemcy. Stefania Markowiakowa - kobieta, która otworzyła mu drzwi - przechowywała go tam przez osiem dni. Kilka miesięcy później została aresztowana za współpracę z ruchem oporu. Popełniła samobójstwo w obawie, by nikogo nie zdradzić na torturach.

Niewola i miłość
Wiadomość o ukrywającym się uciekinierze z obozu w Kobierzynie przyniosła do domu przy ul. Zbrojarzy Ada Schultis, najstarsza siostra Zofii. Ada pracowała w urzędzie przy wydawaniu kenkart dla Polaków. Z uwagi na bliskość Niemców kryjówka u Stefanii Markowiakowej nie była zbyt bezpieczna. Chodziło o przetrzymanie jeńca w domu przez kilka dni, a potem o przerzucenie go dalej.

W domu Schultisów panowała bieda. Ojciec emeryt, który odmówił współpracy z Niemcami jako tłumacz, chorowita matka i trzy siostry. Wszyscy byli stale głodni. Porcje chleba odważali sprawiedliwie na wadze. Uciekiniera o kruczoczarnych włosach - tak do dziś lubi mówić o mężu Zofia - przyjęli usmażonymi systemem beztłuszczowym plackami ziemniaczanymi.

Ze wspomnień Andrzeja Bermejo: "Przyjęto mnie serdecznie jak syna, może dlatego, że ich syn zginął na wojnie. Tu mogłem rozmawiać po francusku z córkami Schultisów. Żyliśmy w ciągłym strachu. Niemcy przeprowadzali rewizje w sąsiednich domach. Na szczęście do nas nie trafili. Wiedzieliśmy, też o tym, że w Kobierzynie hitlerowcy rozstrzelali całą polską rodzinę za ukrywanie uciekiniera z obozu".

Strach Zofia Bermejo pamięta do dziś. Zwłaszcza wielkanocny poranek 1943 roku. Razem z siostrą i francuskim uciekinierem wybrali się do kościoła Redemptorystów w Podgórzu. Gdy wracali niezamieszkanym i pustym odcinkiem drogi, z naprzeciwka nadjechał odkryty samochód gestapo.

- Wtedy zrozumiałam, co to znaczy, że komuś serce ucieka do nóg. Chwyciłam pod rękę naszego towarzysza i siostrę. Usiłowaliśmy rozmawiać swobodnie i wesoło. Samochód posuwał się wolno, a gestapowcy wpatrywali się w nas. W końcu przejechali. Byliśmy uratowani - wspomina.

Była też bezsenna, styczniowa noc 1943 roku. Niemcy przeszukiwali mieszkanie po mieszkaniu na ulicy Schultisów. Zofia słyszała poszczekiwanie psów, widziała hitlerowców u sąsiadów na balkonie. Zbliżali się. Myślała, że nadchodzi koniec. Wreszcie wystrzelone w powietrze rakiety oznajmiły koniec akcji.

Andre jeszcze podczas wojny próbował wyjechać z Krakowa. - Po kilkunastu dniach pobytu u Schultisów udał się na dworzec razem z przewodnikiem, który miał mu kupić bilet i przewieźć do Warszawy. Czekał na łącznika przed dworcem kilka godzin, ale nadaremnie. Przewodnik nie wrócił i do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. Może został aresztowany przez Niemców - zastanawia się Zofia. W spisanych na własny użytek jej wspomnieniach czytamy: "Był późny wieczór, a on sam w obcym mieście. Do nas nie chciał wracać, aby nas dłużej nie narażać na niebezpieczeństwo. Przez przypadek spotkała go błąkającego się po ulicach moja siostra. I przyprowadziła z powrotem. Mówiło się o załatwieniu kolejnej podróży, ale czasy niosły coraz to nowe niespodzianki. Nasi znajomi, którzy wiedzieli, że ukrywa się u nas uciekinier z obozu, zostali aresztowani. Widząc przed domem przejeżdżające gestapo ze znajomymi twarzami myślałam, że jadą po nas. Ale oni przejeżdżali. Zerwały się kontakty, należało przeczekać".

W 1943 r. umarł ojciec Zofii. - Z głodu i niechęci do życia. Tak to ujął lekarz - wspomina córka. Andre Bermejo, który zjawił się w domu Schultisów tuż po śmierci ich syna, staje się jedynym męskim oparciem dla czterech samotnych kobiet.

Stalag w Kobierzynie był piątym obozem, w którym przebywał Andrzej Bermejo. Wcześniej zaliczył obozy w Triel, Mosburgu, Falingbostelle i Rawie Ruskiej. Ucieczka zakończona ocaleniem przez rodzinę Schultisów była jego piątą próbą wydostania się z niewoli. - Ostatecznie popadł w niewolę dobrowolną - śmieje się Zofia.

Po zakończeniu wojny wyjechał do Francji. W listach słanych do Schultisów pisał o swojej samotności i tęsknocie. Nie udało mu się odnaleźć matki - zakatowali ją Niemcy. "Możesz wrócić, kiedy chcesz - tu masz drugą matkę" - oznajmiła krótko w telegramie matka Zofii.

14 listopada 1948 roku, w szóstą rocznicę zjawienia się w domu Schultisów, Andrzej Benedykt Bermejo de La Losa wziął ślub z Zofią Schultis. Znalazł pracę w Krakowskim Zarządzie Aptek i osiedlił się w Polsce. - Chciał, żebyśmy wyjechali do Francji, ale nigdy się na to nie zgodziłam - opowiada Zofia Bermejo.

Do 1997 roku przy obelisku ustawionym nieopodal dawnego obozu w Borku Fałęckim, wsparty na dwóch kulach, przyjmował przyjeżdżające tu delegacje z Francji. Andrzej Bermejo zmarł 4 października 1998 roku.

Smak żabich udek
Adam Ścigalski miał 17 lat, kiedy Niemcy zaczęli zwozić francuskich i belgijskich jeńców do Kobierzyna. Widział, jak puste pole pokryte piaskiem zmienia się w obóz. - Do pilnowania jeńców sprowadzono oddziały czwartej kategorii złożone z około pięćdziesięcioletnich żołnierzy. Wyglądali jak stare dziadygi. Byli to głównie Ślązacy, którzy podpisali volkslistę.

We wspomnieniach Adama Ścigalskiego stalag 369 w Kobierzynie jawi się jako miejsce, w którym jeńcy mieli znośne warunki. Przez dwa lata istnienia obozu na sześć tysięcy więźniów zmarło czternastu. Ich ciała spoczęły na kobierzyńskim cmentarzu, a po wojnie prochy zostały ekshumowane i przewiezione do Francji.

Ścigalski wspomina inną scenę z czasów okupacji. Po szkole technicznej poszedł do pracy w krakowskich wodociągach. Któregoś dnia na dziedziniec budynku przy ul. Senatorskiej zajechały dwie ciężarówki z polskimi zakładnikami. Niemcy ustawili ich nad wykopanym dołem i rozstrzelali. - Nie wiem, ile to trwało. Kilka minut może. Widziałem wszystko przez okno z budynku wodociągów. Wszystko to działo się 20-30 metrów ode mnie. Nigdy tego nie zapomnę.

Jak wyglądało życie jeńców stalagu 369 widziane zza krat? - Mieli tam boisko. Grali w kosza, w siatkówkę. Na święta dostawali paczki z czekoladą - wspomina Adam Ścigalski. - I ciągle uciekali, bo to przecież była niewola. A oni niewoli nie mogli znieść.

Kiedy u Ścigalskich słychać było strzały, domownicy od razu wiedzieli, że w obozie była ucieczka. Zbiegowie przedzierali się za drut kolczasty, ale najczęściej znikali z konwojów, kiedy prowadzono ich do pracy w Solvayu czy w kamieniołomie na Zakrzówku. Strażnicy nie byli w stanie upilnować młodych chłopaków, którzy rozbiegali się na wszystkie strony. Uciekali po kilku na raz.

- Przychodzili do nas. Siedzieli w stodole po parę dni - opowiada............ Matka, Maria Ścigalska, przez żonę byłego dyrektora szkoły w Kobierzynie Henrykę Lawendowicz kontaktowała ich z polskim podziemiem. - Matka albo jacyś ludzie z ruchu oporu prowadzili ich na stację kolejową w Borku Fałęckim. Tu dostawali bilety, wsiadali w pociąg jadący w kierunku Suchej Beskidzkiej. Tam przejmowali ich partyzanci, przechowywali w okolicach Myślenic i Wiśniowej, aż do czasu zorganizowania przerzutu do Francji.

- Pamiętam jednego z nich. Uciekł, bo dostał wiadomość, że jego córka traci wzrok. Chciał, żeby go jeszcze zobaczyła, zanim przestanie widzieć - wspomina Adam Ścigalski. Pamięta, że raz sam odprowadzał uciekinierów na dworzec. Szli w pewnej odległości od siebie. Dziś - z perspektywy czasu - widzi, jakie to było ryzykowne przedsięwzięcie. Wcześniej nie zastanawiał się na strachem. Nad tym, że ktoś doniesie Niemcom, że przetrzymują uciekinierów. - Nie wiem, czy ludzie naokoło wiedzieli czy nie, ale nikt nigdy na nas nie doniósł. Może sąsiedzi sami postępowali podobnie - zastanawia się.

W pamięci Ścigalskiego utkwił szczególnie jeden z jeńców - George. - Był bardzo wesołym chłopcem. Przesiedział u nas ze trzy tygodnie - opowiada. Dzięki George'owi umie zaśpiewać "Frere Jacques" oraz poznał smak żabich udek, które ten przyrządzał w domu jego matki. Pamięta też, jak George ukradł kąpiącym się w stawie Niemcom buty. - Szwaby biegały po całej wsi w ich poszukiwaniu. Na szczęście do nas nie trafili - śmieje się.

George odszedł jak wszyscy uciekinierzy. Nigdy później nie dał znaku życia. - On był tak żywy, tak śmiały, że wszystko mu się mogło przytrafić. Myślę, że on nigdy do tej Francji nie dotarł - zastanawia się Adam Ścigalski. Ani on, ani jego rodzina nie mieli po wojnie kontaktów z uciekinierami, którzy przewinęli się przez ich dom. - Była wojna, ludzie chcieli jak najmniej o sobie wiedzieć. To zrozumiałe, zwłaszcza kiedy chodziło o takie sprawy. A po wojnie też trudno było im z Francji szukać jakichś ludzi w Polsce - dodaje.

Wyciągnięte ręce
Wojenne losy francuskich jeńców w Kobierzynie utrwalił w rysunkach Jean Morin. "Skonstruowałem sobie specjalną walizkę z podwójnym dnem. W tym schowku przewiozłem rysunki bezpiecznie przez wszystkie granice, aż do Francji. Musiało jednak minąć wiele lat, by zyskać pewien dystans do wydarzeń, które przez dwa lata stanowiły naszą gorzką codzienność" - mówił rysownik podczas wizyty w Polsce w 1966 r. Jego grafiki są zapisem życia jeńców: obozowej codzienności, nudy, zdarzeń komicznych i tragedii.

"Bracia Polacy, widzę was, jak rankiem 12 lipca 1942 r., zgromadzeni w pewnej odległości od naszych drutów kolczastych, śpiewacie razem z nami Marsyliankę, aby uczcić nasze święto narodowe. Widzę wciąż jeszcze tę staruszkę, która przynosiła kwiaty na groby naszych zmarłych na mały cmentarzyk tuż koło obozu, cmentarzyk, który nazywano żartem Blokiem V, a którego mieszkańcy nie mogli już uciec. Widzę jeszcze - kiedy przypadkiem strażnik był jakoś mniej brutalny - wyciągnięte ku nam ręce z papierosami, chlebem, ofiarowanymi owocami, widzę ten błysk w oczach, który pomimo że wypadki zdawały się świadczyć inaczej, utwierdzał w nas wiarę w przyszłość naszej wspólnej sprawy" - tak w wydanej w 1946 r. we Francji książce "Le grandes vacances" pisał Francis Ambriere. Powieść cieszyła się wielkim powodzeniem. Jej autor został uhonorowany prestiżową Nagrodą Goncourtów. Ambriere to pseudonim literacki Jean-Louisa Letelliera - jeńca stalagu 369, mieszkańca bloku nr 2. W Polsce książkę wydano tylko raz, na początku lat 70.

Staruszką, o której wspomina Ambriere, była Henryka Lagrue de Lawendowicz, Francuzka z pochodzenia, żona dyrektora szkoły w Kobierzynie. Miała wówczas ponad 70 lat. Znała język, mogła pośredniczyć między jeńcami a polskim podziemiem. Wspominał ją Albert Tanneur, szef stowarzyszenia "Amicale du 369" grupującego więźniów stalagu, gdy w 1966 r. wraz z grupą około 200 byłych jeńców odwiedzili teren byłego obozu. "Składamy tu również hołd z wielkim wzruszeniem jej nieszczęśliwym towarzyszom, których nazwisk tu niestety nie potrafimy wymienić, gdyż ich nie znamy, a którzy wszyscy mają miejsce w naszych sercach" - mówił Albert Tanneur przy obelisku u zbiegu ul. Kobierzyńskiej i Zawiłej. Francuzi wiedzieli, że dzielną kobietę i związaną z nią siatkę polskiego podziemia gestapo aresztowało w maju 1943 r. Za pomoc jeńcom zapłacili życiem. Pani Lawendowicz przetrwała prawie dwuletnie więzienie, choć śmierć była blisko. W ostatnich godzinach hitlerowskiej okupacji w Krakowie, kiedy Niemcy zabijali więźniów z ul. Montelupich, do jej celi nie dotarli. Uciekli przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Pani Lawendowicz dożyła w Paryżu sędziwego wieku. Mając 95 lat, pisała do członków związku Amicale du 369: "Nie dokonałam niczego nadzwyczajnego, spełniałam po prostu swój obowiązek Francuzki, ale istnieją dzielne osoby, które pracowały ze mną dla Francji, i są to Polacy. Ilekroć prosiłam mieszkańców z Kobierzyna o ukrycie u siebie jakiegoś uciekiniera, nigdy mi nie odmówili. Niektórzy uciekinierzy przez długie tygodnie mieszkali blisko cmentarza koło obozu. Również młody polski ksiądz dostarczał mi fałszywych papierów dla nich, a inżynierowie z fabryki w Borku lub Czerwony Krzyż zaopatrywali w ubrania i bieliznę".

Śpiewająca gazetka
W wielu wspomnieniach francuskich jeńców zachował się obraz młodej, smukłej kobiety, która na rowerze, z pięcioletnim chłopcem, krążyła wzdłuż obozowych drutów. Nazywali ją "śpiewającą gazetką". Śpiewając po francusku przekazywała uwięzionym wiadomości z frontu, z Francji. Tą kobietą była Joanna Świszczowska. Żona oficera, którego rok wcześniej Niemcy wysłali do obozu w Auschwitz. Zamartwiając się o los męża, chciała podtrzymać na duchu jeńców stalagu. Czekali na jej wyprawy. To od niej dowiedzieli się o klęsce Niemców pod Stalingradem, o lądowaniu aliantów w Normandii. Joanna Świszczowska należała do Armii Krajowej, ale "śpiewającą gazetką" została z własnej inicjatywy. I za te "akcje" w Kobierzynie trafiła do obozu koncentracyjnego.

Joanna Świszczowska przeżyła okupację. Po wojnie była tłumaczką języka francuskiego. Kontaktowała się z Amicale du stalag 369. Gromadziła wspomnienia ludzi, którzy w latach 1942-44 pomagali Francuzom. Te luźne kartki odręcznych zapisek mają dziś niezwykłą wartość. Są świadectwem poświęcenia mieszkańców Kobierzyna - rodzin Ingramów, Ścigalskich, Basistów, Sądlów, Dudzików i innych, którzy reagowali na niedolę jeńców.

Reprodukcje grafik obozowych pochodzą z publikacji "Gross-Hesepe Stalag 6C, Kobierzyn Stalag 369. Pologne. Stalags de Refractaires. 50 Dessins de Jean Morin. Souvenirs de Captivite 1940=1945", Grenouilleau-Landais et les Fils, Bordeaux (brak daty wydania)
- grafika troche nie dziala ...

Pare zdjęć ze strony: http://perso.orange.fr/aetius/kg/KGGettiaux01.htm







_________________
Rauhen verboten!
 
 
 
Helmut 
zwyczajny admin, żaden specjalista..
Śpioch bunkrowy

Pomógł: 37 razy
Dołączył: 18 Sty 2006
Posty: 796
Skąd: Kraków, N. Prokocim
Wysłany: Pon 04 Wrz, 2006 02:32   

Na tej kartce jest prawidlowa nazwa obozu!
_________________
Rauhen verboten!
 
 
 
Muzeum
[Usunięty]

Wysłany: Wto 24 Kwi, 2007 11:10   

Na podstawie: "Obozy hitlerowskie na ziemiach polskich 1939-1945" Wa-wa 1979
Obóz dla jeńców sowieckich, francuskich, belgijskich i holenderskich - Stalag 369 Kobierzyn (Borek Fałęcki). Zlokalizowany był na tzw. Piaskach, w granicach dawnych gmin: Kobierzyn i Borek Fałęcki, przyłączonych do Krakowa, dekretem Wydziału Głównego Spraw Wewnętrznych Rządu GG z 28 V 1941. W 1941-42 w obozie przebywali głównie jeńcy sowieccy, umieszczono ich w Kobierzynie w dawnych koszarach 8 pułku ułanów; l VI 1942 było ich 371. Z czasem, już na terenie Borku Fałęckiego, zbudowano właściwy obóz jeniecki, który od VI 1942 funkcjonował jako obóz karny dla podoficerów francuskich i belgijskich, przywiezionych tu z innych obozów jenieckich na terenie Niemiec za odmowę pracy dla III Rzeszy. 1 X 1942 w Stalagu 369 przebywało 7200 jeńców: 6703 franc. i 497 sowieckich; l I 1943 - 6338 jeńców: 5656 francuskich, 567 sowieckich i 115 belgijskich; 1 VI 1943 - 5616jeńców: 4853 francuskich, 642 radz. i 121 belgijskich; 1 X 1943 - 6317 jeńców: 5498 francuskich, 693 sowieckich i 126 belgijskich; 1 I 1944 - 6915 jeńców: 5350 francuskich, 1094 sowieckich, 349 holenderskich. i 122 belgijskich; 1 VI 1944 - 6666 jeńców:
4185 francuskich, 1948 radz., 399 hol. i 134 belgijskich. Jeńcy francuscy. zajmowali trzy bloki, mieszczące po 1500 ludzi; bloki te były odizolowane od siebie zasiekami z drutu kolczastego; z czasem jednak zezwolono jeńcom francuskim na kontaktowanie się w każdą niedzielę. W głębokiej konspiracji organizowano kursy nauczycielskie oraz uniwersyteckie; założono teatr (jeńcy z bloku II i III rywalizowali ze sobą w wystawianiu sztuk);istniały kółka literackie, różnego rodzaju warsztaty rzemieślnicze, prowadzono kursy językowe, m.in. języka greckiego i hebrajskiego; pod redakcją Gastona FouiIland-Buyate i Pierre Lardina Francuzi wydawali własne pismo "Le Crack" (ogółem 21 numerów), ukazujące się od VII 1942 do II 1944. Obóz zlikwidowano ok. poło VIII 1944; jeńców ewakuowano głównie do Stalagu VIII C w Żaganiu, Stalagu IX A Ziegenhain,Stalagu XVIII C Markt- pongau, Stalagu XB Sandbostel.W 1966 na terenie obozu odsłonięto gałaz pamiątkowy.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group